opowieść arbuzowa

Kto mnie zna, wie, że stronię od ogrodu, a grzebania w ziemi nie znoszę. Potrafię zasuszyć każdy kwiat, nie wyłączając z tego zacnego grona kaktusowatych, a i "suchotniki" potrafię wykończyć. 
Nie widzę niczego pięknego w sadzeniu ziemniaków, ogórków, marchwi etc.
 Nie lubię i już. 
Nie zachwyca mnie też pianie innych na temat urządzania ogrodów - a w wykonaniu niektórych osób - nawet niezwykle śmieszy.
Oczywiście kupuję cebulki kwiatów, lubię się też pogapić na piękne kwiaty w ogrodach...ale nie tykam łopaty, motyczki i grabi. Nie rajcują mnie takie zabawy. A kupionymi cebulkami opiekuje się moja mama. 

Jedyna zielenina, jaką lubię w doniczkach i ogrodach - to zioła - mięta, lubczyk, tymianek, oregano, bazylia i lawenda. I przy tych mogę pogrzebać trochę, acz nie za wiele.

Ale,ale...
Pewnego pochmurnego wczesnowiosennego dnia, w hipermarkecie z B w nazwie, znalazłam się na dziale "NASIONA". Do koszyka powędrowały nasiona wyżej wymienionych ziół, kilka cebulek mieczyków i innych cebulowatych. 
Mój wzrok jednak zatrzymał się na półce z nasionami....arbuza. 
Zapałałam do niego miłością od pierwszego wejrzenia. Na opakowaniu pisało, że w naszych warunkach klimatycznych wystarczy go wysiać do inspektu, a potem flance do gruntu pod koniec kwietnia, w ciepłe nasłonecznione miejsce, a pod koniec sierpnia można już oczekiwać pierwszych zbiorów. 
Pomyślałam - i roboty niewiele i specjalnie trudny w uprawie nie jest - biorę! 
I tak stałam sie szczęśliwą posiadaczką nasionek arbuza. 

Zgodnie z instrukcją pod koniec kwietnia flance arbuza powędrowały do gruntu, w najbardziej słonecznym miejscu. Siedziały takie mizerne, małe, bez wyrazu. Pomyślałam - nic z nich nie będzie. A i Oskar parę razy zrobił sobie legowisko wśród liści, a właściwie listków arbuzów. Siedziały, siedziły....i siedziały.....Zapomniałam i straciłam nadzieję. 

Aż tu dnia 15 sierpnia 2013 - CUD.(może to w związku z dzisiejszym świętem????)
Tata mój mówi - jest już jeden arbuz!.  
Poszłam oglądać to cudo...i.....oczom swoim nie wierzę.

Jest.

Prawdziwy.

Najprawdziwszy ARBUZ!

zielony, ma paski - no prawdziwy arbuz!

ha!

no to teraz dokumentacja fotograficzna:



No cóż - jaka miłość do ziemi - takie owoce ziemia wydaje...można by rzec....
ALE arbuz jako żywy jest!

Komentarze

  1. Superowo! Nawet nie wiedziałam, że w Naszych warunkach na ogrodzie wyrośnie arbuz :P

    OdpowiedzUsuń
  2. O matko, przepraszam, nie powinnam, ale na widok tego giganta dostałam ataku śmiechu. Ale nie da się zaprzeczyć! To arbuz jak złoto!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

dziękuję za dodanie komentarza

Popularne posty z tego bloga

"fejsbukowi /wirtualni/ przyjaciele"

...koniec roku...